[viii] Pod koniec czerwca enkawudziści
wymordowali w Stryju więźniów w więzieniu przy ul. Trybunalskiej oraz w
siedzibie NKWD. Według polskich świadków, zabijano więźniów, prowadząc ich
rzekomo do łaźni. Tam byli mordowani narzędziami do uboju bydła lub strzałem w
potylicę, a następnie ich ciała – często tylko ogłuszonych – wrzucano do dołów
kloacznych na podwórzu lub do wykopu z wapnem. Razem z ciałami ofiar wrzucono
do kanałów zapasy żywności. Z masakry ocaleli tylko niektórzy – ci, którym
udało się wydostać z więzienia po ucieczce NKWD, lub zostali uratowani przez
przybyłych z pomocą mieszkańców miasta. Ocalała m.in. grupa Polaków, którzy po
ucieczce strażników wydostali się z celi na korytarz przez piec. Tam napotkali
już grupę polskich kolejarzy spieszących z pomocą. Wśród znalezionych w
siedzibie NKWD zwłok, wiele nosiło ślady bestialskiego okaleczenia. Liczba
ofiar narodowości polskiej i ukraińskiej sięgała od stu do kilkuset. W nocy z 1
na 2 lipca 1941 wycofujący się z miasta sowieci rozstrzelali wielu więźniów
więzienia w Stryju.
Jak ojca zabrali, to zostaliśmy
sami z mamą. W Skole byli potem Niemcy, którzy nas zmuszali, żeby się podpisać volkslistę,
bo ojciec był z niemieckiej rodziny, ale mama się nie zgodziła. Byliśmy zawsze
jako rodzina polska. W tym czasie, jakby wszystkich nieszczęść było mało,
przyszła wielka powódź. Głód był wielki. Wszystko woda zabrała. Nie mieliśmy co
jeść. Moja mama łupiny z ziemniaków obierała i placki nam piekła. Żydzi
umierali z głodu za Niemców, jedli trawę, zabrano im majątki. Policja ukraińka
ich rozstrzeliwała do dołu z wapnem. Nie wiem czy w naszym mieście zostało
choćby parę rodzin, które przetrwały. Ja miałam przyjaciółkę, Żydówkę Tuśkę, z
którą chodziłam do hebrajskiej szkoły. Przed wojną wszyscy żyliśmy ze sobą w
zgodzie: Żydzi[i],
Ukraińcy, Polacy, Niemcy. Mieliśmy koleżanki i kolegów innych narodowości i
wyznań. Ja chodziłam z nimi do synagogi, albo do cerkwi, oni przychodzili do
naszego kościoła. Wojna wszystko zniszczyła.
Skole, rok 1944
Rok 1944 był straszny. Trwało
mordowanie naszego miasta. W mieście był niemiecki szpital wojskowy. Trupy
wozili samochodami dzień i noc. Bez nóg, bez rąk. I nie wiem, czy ktoś uwierzy,
ale jak robili operacje, orkiestra niemiecka grała, okna były pootwierane i
grała orkiestra głośno, żeby Polacy nie wiedzieli, że tak jest źle. Ludzie płakali,
chociaż to byli Niemcy. Przez okna wyrzucali te ręce, nogi i głowy. To było coś
strasznego. A my jako dzieci biegliśmy słuchać orkiestry, co nas to obchodziło,
że szpital. A przez to, że był ten szpital, Sowieci zaczęli bombardować nasze
miasto. Już w 1944 roku, to był lipiec, już mówili, że nas Niemcy będą wywozić,
na Węgry. Niemcy budowali w tym czasie zapory w mieście, wycinali ogromne
sosny, które miały nie wiem po ile lat i na takich hakach robili zapory. To
była strasznie wysoka zapora. Taka na 35 metrów do góry, bo nadchodził front.
Zapora miała ich chronić przed wojskiem sowieckim, zasłaniać żołnierzy w
mieście. Trzy miesiące front był. Te zapory tak trzymały długo. Gdyby nie to,
to by się nie utrzymali. Wojna. Bili się.
Po trzech miesiącach, to jedna strona miasta była doszczętnie
zniszczona, w ruinie. W drugiej się jeszcze domy zachowały. I tak właśnie w
lipcu 1944 roku, zaczęli nas wypędzać z domu. Nas biednych ludzi z domów
powypędzali i poprowadzili szosą. Wojsko niemieckie i węgierskie[ii] na koniach, nas
prowadziło a myśmy szli pieszo. Kto co miał, brał z domu. Ale ten, co miał
wózek, wziął więcej, a kto nie miał, nic nie wziął. Kto miał gospodarkę, ten
miał konia i jechał. Myśmy nic nie mieli. Co mogliśmy, to na plecach trzeba
było nieść. Mama wzięła łyżek cztery, piątej dla siebie w pośpiechu nie wzięła.
Tylko troszkę mąki i chleba. Co można było wziąć? Płaszcze jakieś na siebie i
wszystko. Przyjechała żandarmeria i wygnała nas na szosę. I tak szliśmy pieszo.
A tu już szykował się front. Kto był bliżej lasu, to uciekł do lasu, a kto był
w środku miasta, tak jak my w centrum mieszkaliśmy, to szedł. Tyle było ludzi,
całe miasto, ciągnęło się daleko, daleko. Szliśmy szosą, mijaliśmy wsie, my w
dole, a w górze ukraińskie domki. Były puste i tam nas Niemcy zaganiali,
mogliśmy tam odpocząć, coś zjeść i potem dalej trzeba było iść. Sowieci deptali
im po nogach. A z daleka słychać było gwizd katiuszy. Z daleka taka czerwona
łuna leci, a potem tylko wieli huk. Mama się modli, żeby chociaż nas
doprowadziła. I mama mówi do mnie: Ale wiesz, Helusiu, będziesz widziała swoją
wioskę, w której się urodziłaś, Klimiec. Ja siedzę wystraszona, mówię do mamy,
że już mi wszystko obojętne. Tak siedzimy wystraszeni koło drogi i nagle z
lasu wypadają banderowcy[iii], Ukraińcy uzbrojeni
po zęby i zaczynają zabierać naszych mężczyzn. Dużo bardzo młodych zabrali.
Mama zaczęła strasznie płakać. Moi bracia byli kawalerami, młodzi chłopcy. Lecz
jak to w życiu bywa, góra z górą się nie zejdzie, a człowiek z człowiekiem
zawsze. Razem z banderowcami był nasz sąsiad Paweł, syn gajowego. Mieszkali
przy torach kolejowych. Paweł chodził do szkoły z moim bratem Zbyszkiem. I on przychodzi do nas, podaje rękę i mówi do
mamy: Niech się pani nie martwi, ani Zbyszkowi, ani Mundkowi nic się nie
stanie. Nikt was nie ukrzywdzi. Mojego ojca bardzo Ukraińcy cenili. Żyliśmy w
zgodzie ze wszystkimi. Ja jeszcze dzisiaj, gdybym do swojego miasta wróciła, to
by mnie znajomi na rękach nosili. Bracia moi, byli bardzo przestraszeni. I
faktycznie ich zostawili. Innych wzięli chłopców i zabili w lesie. Moim
braciom, Paweł uratował życie.
Na Węgrzech 1944
W końcu doszliśmy pod granicę
węgierską i zobaczyłam Klimiec. Mama mówi, tutaj się urodziłaś. I pokazała mi
taki dom. Tam policja była i tato tam służył. Twoja rodzinna wioska. Byłam
bardzo młoda i nie mogłam zrozumieć, myślałam, że Madziarze, to rodowici
Węgrzy, a to się okazało, że tam byli wszyscy i Rusini, i Żydzi i inne
narodowości, tak jak u nas byli Polacy, Rusini ( Ukraińcy) i Żydzi. Ale
jesteśmy na Węgrzech, przy granicy i znajoma mówi do mamy, żeby nie mówić, że
jesteśmy Polakami, bo tutaj dużo Rusinów żyje, a oni Polaków bardzo nie lubią.
I mama mówi do mnie: Helusia, dziecko, jak cię będą pytać, to udawaj, że nic
nie wiesz, nie rozumiesz, bo nas tu powybijają. Umiałam mówić po rosyjsku i po
ukraińsku, ale trudnij mi było wymówić słowa po ukraińsku. To był dla mnie
trudny język. Wolałam rosyjski, było łatwiej wymawiać. I tak poszliśmy aż pod
sam Budapeszt. Tam nas przydzielili. Mieliśmy blisko do miasta. Pracowaliśmy na
wsi, pieniądze nam płacili, tam chodziliśmy na zakupy, było całkiem nieźle.
Byliśmy tam do października, dopóki wojna znowu nas nie dogoniła. To było pół
miasta ludzi. Trzeba im było dać domy, ulokować. Były tam wioski i gospodarstwa
tak jak u nas, ale dużo bogatsze. Mieli winnice, byli bardzo zamożni. Naszą
rodzinę wziął jeden gospodarz, Rusin, nazywał się Dziamka. Nas wszystkich wziął
do pracy na polu. Matko Boska! Co ja zrobię? Nigdy pola na oczy nie widziałam,
nie umiałam nic robić. Mieszkaliśmy w mieście. Mama z siostrą jeszcze coś
pogrzebią, a ja? To był lipiec. Już ziemniaki były do kopania. Ja na oczy nie
widziałam motyki. Jak byłam mała i na wieś mnie mama zabrała, to jak „coś” tam
leżało na drodze, to ja nos zatykałam, uciekałam daleko, dookoła szłam.
Pamiętam jak się mama ze mnie śmiała i mówiła: ty dziecko tak daleko nie
odchodź, bo jeszcze nie raz w „to” wdepniesz. I wywróżyła mi. Tak było…
Dziamkowie dali nam jeść, mieliśmy gdzie spać, ale trzeba było iść pracować, za
darmo nam jeść nie będą dawać. Bracia mieli inne prace: wozić ziemniaki, czy
płot naprawić, a my we trzy w pole. Dali nam motyki, takie ogromne, że takich w
życiu nie widziałam. To były takie „dziabiaste” motyki, ogromne miały zęby,
trzonki długie. Można sobie nimi było nogę uciąć. Nie wiem, co mam robić.
Próbuję wbić tę motykę w ziemię, mama krzyczy : za blisko, do tyłu się cofnij…
Ale jakoś w końcu się nauczyłam. Wieczorem, po pracy – miałam wtedy 15 lat, ale
wyglądałam na straszą i byłam bardzo ładna, Węgrzy się za mną oglądali.
Zaczepiali. A ja biedna się bałam i tylko maminej sukienki się trzymałam. Teraz
to bym sobie dała radę, ale wtedy się bałam bardzo. Zawsze mówiłam do mamy,
żeby mnie nie zostawiała, bo jak zostawi mnie, to ja się otruję. Jeden Węgier,
bardzo bogaty, chciał się ze mną żenić. Bardzo przystojny. Żona mu umarła
młodo, miał dziecko. Wszyscy mówili, że jestem bardzo podobna do jego żony. Był
nauczycielem. Dziecko miało 9 miesięcy. Żona przy tym dziecku zmarła, niania
chowała. Miałam 15 lat i nie chciałam za mąż wychodzić.
A tam na Węgrzech w budynkach nie
było podłogi, nawet najlepsze kamienice nie miały. Było za to podłoga z gliny,
wyglancowana, brązowa. Błyszczała i tańczyliśmy na tym! Wieczorami, w święta, wszyscy
spotykali się na wieczornicach, bawili się, tańczyli, wódkę Palinkę pili i
pyszne wino z winogron, stoły się uginały, wszystkim zastawione. A do tego
placki kukurydziane i chleb napieczony. Węgry, była to kraina mlekiem i miodem
płynąca. Bogaty kraj. Wieczorami, jaka to była piękna rzecz, o tym nie zapomnę,
dokąd żyć będę. Już w jesieni, jak dojrzewały śliwki i jabłka, wszystkie owoce,
spotykaliśmy się w sadach, które były pięknie oświetlone. Węgrzy nazywali te
spotkania wieczorynką. Mieli takie wielkie kotły wojskowe do zupy, ogromne, tam
wchodziły chyba po dwa worki różnych owoców. Robili wieczorynkę i smażyli
powidła. Dziewczyny i chłopaki na zmianę to mieszali, żeby się nie przypaliło.
Potem te przetwory sprzedawali. Były to wspaniałe konfitury. Pyszne. Z różnych
owoców. Pracowaliśmy w tych sadach, trzeba było kroić te owoce, pestki
wyciągać, wszystko, ale nie była to bardzo ciężka praca.
W październiku 1944 roku, biegnie
do nas jeden człowiek i mówi, że Sowieci [iv]idą. O ja myślę, to
cholerstwo idzie, dziegciem z daleka śmierdzące, znowu ich będziemy wąchać… I
znowu wojna. Musiał to być październik, dobrze nie pamiętam, bo pod koniec
listopada nas wywieźli. Niemcy się wycofywali. I jedna była straszna noc.
Front. Wszyscy do piwnicy zeszliśmy. Byliśmy pod frontem, pod ostrzałami. Była
może godzina dziesiąta w nocy, kiedy Sowieci wkroczyli na Węgry. Była tragedia.
Myśleliśmy, że my już tej nocy nie przeżyjemy. Do piątej rano. Jedni wkraczali,
a drugich wypychali. To było straszne. Jedynie dobrze, że nasz gospodarz
Dziamka, miał bardzo mocną piwnicę, solidną, murowaną, nakrytą. Myśmy tam
wszyscy siedzieli na kupie, tyle nas było, żeśmy się dusili prawie. Okien nie
było. Tylko jakieś światełko. I tak przesiedzieliśmy do piątej rano. Wszyscy
klęczeli, modlili się, mama na różańcu. Rano przestali się bić, ale zaczęło się
co innego. Dziamkowie wyszli, na polu poklękali, cieszyli się, że Sowieci
przyszli, witali ich… Nie wiedzieli, że ci wybawiciele, to nie tacy wspaniali.
Mama mówi: pani Dziamkowa, niech się pani tak nie cieszy. Jeszcze zobaczycie,
co to znaczy Sowieci. Ale nie słuchali. Zaczęło się. Sowieci, pierwsza rzecz do
obory, wyciągnęli konie, krowy, świnie. Wojsko było głodne, z głodu ginęli. I
to na środku, daleko nie szli, zabijali te zwierzęta z pistoletu i gospodarze
nie mieli prawa nic powiedzieć. I dopiero wtedy Dziamkowie przejrzeli na oczy.
Myśleli, że to wybawiciele, a oni nie patrzyli na nic, tylko grabili. Wszystkie
zapasy pozabierali, popakowali na samochody i powieźli.
I potem mama mówi, że jak Sowieci
wkroczyli, to nas może do domu oddadzą. I przyjechały samochody, urząd
repatriantów. I mają nas z powrotem zabierać do Polski. Już nas po kolei ładują
na samochody. Jedni płaczą, my się cieszymy. Wracamy do domu. A tam nie było po
co jechać do domu. Taka była straszna sprawa. Mieliśmy dokumenty, kenkarty,
wszystko, że my jesteśmy Polacy, a tu się w tym NKWD coś pomyliło i zamiast nas
zawieźć do Skolego do domu, to oni nas zawieźli do więzienia do Bolechowa. To
szczęście wielkie, że tam był kolega mojego brata komendantem, bo nie wiem, co
by było. Mama się pyta, gdzie wy nas wieziecie? A oni jej mówią, że do więzienia,
bo wy jesteście bandyci, UPA! Mamy was zawieźć na śledztwo do Bolechowa. Mama
mówi, przecież to tak daleko, my mieszkamy w Skole, co wy robicie? Mijaliśmy
nasz dom. Domu już nie było, tylko dziura po bombie, inne budynki stały. Myśmy
przy szosie mieszkali. Mama patrzy, dom nasz rozbity, bomba uderzyła, bili się
tyle czasu. My płaczemy, oni nic, wiozą nas do więzienia. To nie byliśmy tylko
my, wieźli parę samochodów, całe więzienie nami zapchali. A w tym więzieniu to
siedzieli faktycznie z UPA, bandyci i złodzieje. I nas tam zapchali. Braci do
celi z mężczyznami, nas do kobiet. A tam leżały takie brudne, cuchnące
Ukrainki. Staliśmy tak w tej celi. Jeść nam dali kromkę razowego chleba.
Zabrali nam, co wzięliśmy ze sobą. Worek orzechów włoskich, dużo smalcu, dużo
rzeczy i nam to wszystko zabrali. Dali to do depozytu.
Tydzień czasu nas trzymali.
Codziennie nas brali na przesłuchania. Siedziało takich sześciu z NKWD
nachmurzonych. Wszystko mieli, dokumenty. Jacy my Ukraińcy? Ale przesłuchiwali.
Sowieci się UPA bali. Ukraińcy z Niemcami szli, więc jako Sowieci wkroczyli, to
musieli wszystko wiedzieć. A w naszym mieście bardzo dużo było Ukraińców.
Siostra siedzi, płacze, mówi, że nie pójdzie, że się boi tych Sowietów. A ja
już się później nie bałam. Mówiłam, co chciałam i oni nawet lubili jak
przychodziłam. Mówili zawsze: nasza krasiwa barisznia! Ja rozmawiałam po
rosyjsku, Janka lepiej umiała, ale ja też dawałam radę. Jak nas na te
przesłuchania prowadzili, to nas zobaczył jeden chłopak, kolega brata i nas
stamtąd wyciągnął. Był tam strażnikiem.
I w końcu nas wypuścili. Moja
bluzka i bluzka siostry, to dosłownie sama szła po ziemi…takie były potworne
wszy w tym więzieniu. Wszystkie nasze rzeczy ten chłopak palił na ognisku. Jego
matka dała nam inne ubrania. Włosy miałyśmy obie z siostrą piękne, długie, i
czyściłyśmy je naftą, gorącą wodą, mydłem szarym. Wszy były ogromne. Mogliśmy
się w końcu wykąpać. Nigdy nie zapomnę tego kolegi. Pomógł nam i jego rodzina
także. Mama jeszcze próbowała odzyskać te rzeczy, które nam zabrali, poszła
prosić do więzienia, żeby nam oddali, ale nie udało się. Wszystko przepadło.
Cieszyliśmy się, że jesteśmy na wolności i zdrowi.
Skole, zima 1944/45 rok
I wróciliśmy w końcu do naszego
miasta Skole, a tam nie było na co patrzeć. Wszędzie gruzy, blachy, wszystko
spalone. A w domach, co ocalały, mieszkali Sowieci. Wojsko kwaterowało. I dali
nas do nich. W jednej izbie mieszkaliśmy z oficerami. Jeden Rosjanin pięknie
śpiewał. I on się we mnie zakochał. Bardzo był przystojny ten oficer. Stracił
żonę i dziecko. Opowiadał nam. Pięknie śpiewał i grał na gitarze. Jak
odjeżdżałam, to płakał, jak dziecko małe. A moja siostra straszne ich nie
lubiła, a oni sobie z niej żartowali. Jeden oficer pierzyną ją nakrywał i mówił
do niej: ty czorcico! A ona ich wyzywała, krzyczała brzydko na nich. A oni się
stale z nią droczyli. A Janka się strasznie Sowietów bała. Mieszkaliśmy tam z
nimi przez zimę i w końcu przyszły papiery, że jesteśmy repatriantami i
ewakuacja. Do wagonów nas wsadzili i zapewniali, że na tych ziemiach odzyskanych wszystko cośmy
stracili, to odzyskamy.
Przesiedlenia 1945 rok
I tak trzy tygodnie jechaliśmy w
tych wagonach. A tu zimno, mróz, śnieg. Był styczeń 1945 roku. Do Ruskiej Rawy
nas przywieźli, tam stoimy. I tam właśnie wielki szok przeżyłam. Wysiedliśmy na
stacji z garnkami, szliśmy po wodę i jedzenie, Czerwony Krzyż repatriantom
dawał. Na piecyku gotowaliśmy w wagonie. I za stacją zaraz był las a za nim
całe pole z szubienicami, na których wisieli ludzie. Brat mi nie kazał tam
patrzeć, ale sam poszedł sprawdzić, czy nie wisi tam ktoś znajomy. Bardzo dużo
było tam powieszonych. Szubienice były porobione i te ciała się na tym wietrze
się kiwały. I Zbyszek poszedł. Ja wracałam do wagonu z menażki z jedzeniem i z
tego wszystkiego się pośliznęłam, wylałam wszystko. Mama się pyta, co się
stało? A ja jej mówię, że cały plac w szubienicach, że ludzie wiszą i Zbyszek
poszedł patrzeć. Mama się zdenerwowała, po co poszedł, złościła się. Ale wrócił
zaraz i mówi: nawet nie wiesz mamo, kto tam wisi. Nasz Paweł. Ten sam, który
braci wtedy w drodze na Węgry, na śmierć nie wziął. Tak właśnie skończył,
powieszony.
Z Rawy Ruskiej pociąg pojechał do
Bełżca. Do naszego pociągu były wagony doczepione, ludzie z wiosek jechali,
mieli konie, owce, krowy wieźli. I nagle z lasu rabusie wyszli i dawaj wyciągać
z tych wagonów zwierzęta. Płacz, krzyk w pociągu. Jeden staruszek wyszedł i
krzyczy: co robicie, to tyle naszego, co mamy, my biedni repatrianci! I drugi z
krzykiem wyleciał i lamentuje: gdzie są te pany, co kradły barany! A te „pany”
już w lesie dawno…Zaraz policja przyszła kolejowa. Wszyscy krzyczą. Gdzie nas
wywieźli. Jak tak można rabować ludzi! Ale nic nie mogli zrobić. Na stacji w
Bełżu pociąg się zatrzymał. Przyjechali po nas chłopi wozami i saniami. Dużo
osób z naszego miasta pojechało do Tomaszowa Lub., a dla nas już nie było
miejsca. Patrzymy na tych chłopów powożących saniami. Wszystko takie biedne,
słoma wystaje z tych sań, konie mizerne. Bieda straszna. Ale co było robić.
Wsiedliśmy na te sanie i tak trafiliśmy na Koszele. Było to dokładnie 28
stycznia 1945 roku.
Zima była siarczysta, śnieg po
kolana. W lesie jeszcze partyzantka operowała. Las był dokoła, w dole rzeczka
płynęła. Trochę było strasznie na początku, ale potem przywykliśmy. Wysiadamy, patrzymy,
a tam domek maleńki, jedna izba z klepiskiem, wszystko poobdzierane, kuchnia
rozwalona, zimno. Mama siadła i płacze. Nie ma stołu, ani stołka, stodoła
pusta, rumowisko. Mieliśmy ze sobą tylko jeden kufer, piękny, mocny, mama w nim
posag dostała, jak wychodziła za mąż. Poza tym nic nie mieliśmy. Byliśmy
głodni, bosi, zmęczeni. Ale jest chociaż dach nad głową. Ludzie z wioski nie
zostawili nas bez pomocy. Zaraz na drugi dzień, wszedł do domu mężczyzna,
przystojny, wysoki, w oficerkach. Przyniósł nam mleko w kance, chleb, pierogi. Mama
mu dziękuje, a on za mną zagląda. Na drugi dzień znowu przyszedł. Ziemniaki
przywiózł, olej, mąkę, kaszę, dużo innych rzeczy i za mną wciąż patrzył. Niedługo
potem został moim mężem. 17 czerwca 1945 roku wyszłam za mąż za
Tadeusza i tutaj zostałam. Moja mama razem z siostrą i braćmi wyjechali
na Zachód i zamieszkali w Szczecinku.
[i] W mieście powiatowym Stryj w 1942 –
utworzenie przez hitlerowców getta w którym uwięziono ok. 15 tys. Żydów z
miasta i okolicy. 1943 – likwidacja getta przez hitlerowców i ukraińskie
oddziały pomocnicze. Zamordowano wówczas na miejscu lub wywieziono na miejsce
kaźni w pobliskim Hołbutowie lub do obozu zagłady w Bełżcu wszystkich Żydów.
[ii] W
czasie II wojny światowej Węgry walczyły u boku III Rzeszy przeciwko ZSRR. W
czerwcu 1941 Węgry zaangażowały się w wojnę z ZSRR po stronie Niemiec. W 1944
kiedy stało się już jasne, że Niemcy
przegrają wojnę, Horthy zaczął negocjować odrębny traktat pokojowy z aliantami.
[iii]
Rada Miejska Skole nadała honorowe obywatelstwo miasta Skole Stepanowi Banderze.
Utworzona przez Stepana Banderę frakcja OUN-B ponosi odpowiedzialność za
zorganizowane ludobójstwo polskiej ludności cywilnej na Wołyniu
i Małopolsce Wschodniej.
[iv] Gdy
nastąpiło wejście Armii Czerwonej na terytorium Węgier (październik 1944)
Horthy próbował za pośrednictwem przywódcy komunistów jugosłowiańskich, Josipa
Broz Tito, poddać Rosjanom wojsko węgierskie na froncie. Niemcy, którzy od
dawna obserwowali te próby, aresztowali go (po uprzednim porwaniu jego syna
przez komando pod dowództwem Otto Korzennego – Operacja Mickey Mouse) i
wywieźli w głąb Rzeszy. Rządy na Węgrzech formalnie objął przywódca strzałokrzyżowców,
Ferenc Szálasi, w pełni podporządkowany Rzeszy.
[v] Bolechów (ukr. Болехів) –
miasto na Ukrainie
w obwodzie
iwanofrankiwskim do 1945
w Polsce, w województwie stanisławowskim
w powiecie dolińskim, siedziba gminy Bolechów.
6 sierpnia 1944 miasto zostało zajęte przez wojska radzieckie.
[vi] Koszele – część wsi Rybnica w Polsce
położona w województwie lubelskim, w powiecie tomaszowskim, w gminie Susiec. W
latach 1975-1998 miejscowość administracyjnie należała do województwa
zamojskiego.
Droga Pani Moniko! Dzisiaj /14 maja 2015/ przeczytałam o życiu Pani Babci, Heleny Schienbein-Gruszczyńskiej.Jej tragiczna wojenna historia dotyczy w niektórych momentach mojej rodziny.Mieszkali w Demni ,przeżyli głód i dwie okupacje i również byli u Braci Węgrów /których wspominali z ogromną wdzięcznością/ i trudy repatriacji na ziemie zachodnie.To bardzo piękne i cenne co Pani robi dla historii rodzin kresowych. Bezpośredni zapis relacji z ust Pani Babci o Skolem dał mi wyobrażenie jak tam było,wielu rzeczy nie wiedziałam.Dziękuję za wszystko i podziwiam trud i talent pisarski.Nasze rodziny znały się co widać na przedwojennych fotografiach.Byłam jeden dzień w Skolem w sierpniu 2002 roku.Moja śp.Mama już nie żyła.To piękne miejsce i cudowna rzeka Opór.Czytałam "Kresową Atlantydę" St.Nicieji i teraz Pani teksty, Pani Moniko.Jestem bardzo wzruszona i te przeżycia zawdzięczam Pani. Serdecznie pozdrawiam i życzę sukcesów. Krystyna Piątek rocznik 1945.
OdpowiedzUsuńhttps://gelsendorf.jimdo.com/
OdpowiedzUsuń